Siedziałam na kanapie w salonie i rozmyślałam. Nad czym? Nad życiem, przyszłością i innymi sprawami, które zmieniły się w ciągu tych dwóch miesięcy. Może jutro zmienią się jeszcze bardziej, ale nikt tego nie wie. Oparłam się i na moment zamknęłam oczy. Bardzo stresowałam się tym dniem, chyba bardziej niż mama. Wzięłam głęboki wdech i wydech, po którym troszkę się uspokoiłam.
- Daria, idziesz? - zapytał mężczyzna, stojący u progu drzwi. To mój dziadek, który powiem szczerze bardzo mnie przestraszył.
- Tak już idę. - oznajmiłam. Wstałam z kanapy i udałam się w kierunku dziadka. Najpierw mocno go przytuliłam. Nigdy nie miałam okazji długo z nim porozmawiać. On żył tutaj. W Stanach Zjednoczonych, a ja z mamą w Polsce. Nigdy nie mieliśmy ze sobą jakiegokolwiek kontaktu, za wyjątkiem telefonu komórkowego. Razem wsiedliśmy do limuzyny, która podwiozła nas aż pod sam kościół. Przed nim stała grupka reporterów, paparazzi i fanów, krzyczących różne rzeczy. Strasznie nam to przeszkadzało, więc zadzwoniliśmy po ochronę. Po dziesięciu minutach problem zniknął. Weszliśmy do środka i usiedliśmy na zajętych przez ciocię miejscach. Wnętrze było pięknie wystrojone. Dominował tam kolor biały. Scooter czekał już przy ołtarzu. Nagle usłyszałam dźwięk organów. Powoli do ołtarza zbliżała się moja mama. Przyznam, że wyglądała ślicznie. Nigdy nie widziałam jej taką szczęśliwą. Cieszyłam się, że znalazła swoją miłość, na którą nigdy nie jest za późno. Jest ona jeszcze młoda, więc nikt nie ma nic przeciwko. Urodziła mnie ona jak miała 16 lat. Strasznie młodo. Powiem szczerze, że to taka nasza rodzinna tradycja. Dziecko rodzi kobieta poniżej osiemnastego roku życia w naszej rodzinie już czwarte pokolenie. Ja już mam 15 lat i nic. Bardzo się z tego cieszę. Chodzi o to, że wiem jak mama się napracowała przy mnie, a jednocześnie nacierpiała. Podobno mój tata nie wie, że istnieję. Trochę to smutne, bo zawsze brakowało mi ojca. Mama w sumie mówiła, że dobrze, że go nie znam, bo to jakiś idiota, który zerwał z nią, bo musiał wyjechać, aby się uczyć. Nie znam szczegółów. Moim zdaniem to jakiś muzyk, bo mama zawsze mówi, że nie mam sobie brać za faceta, muzyka, bo skończę jako smutna, samotna i nieszczęśliwa kobieta, która żałuje swojego wyboru. To są jej słowa. Wolałam jednak skupić się na ceremonii. Doczekałam się momentu, gdy oboje powiedzieli sobie tak, potem całus i takie tam.Wyszliśmy przed budynek. Tam wszyscy składali młodej
parze życzenia. Nie brakowało też białych gołębi. Następnie znów
limuzyną udaliśmy się na jakąś salę. Rozpoczęliśmy od śpiewania "Sto
lat" młodej parze, wypiciu szampana i wołania "Gorzko!", aby się
pocałowali. Wszystko było jak we śnie. Mama i Scooter byli wywołani na parkiet do
pierwszego tańca.
- Na początku chciałbym
życzyć parze młodej dużo miłości, szczęścia na nowej drodze życia, aha i
dużo dzieci. - usłyszałam znajomy głos. Najpierw myślałam, że to nie
on, ale okazało się, że to ten chłopak. Pierwszy taniec był do piosenki
"Common denominator" w wolniejszej wersji zaśpiewanej przez Justina Biebera. Tak jego. W
końcu było to marzenie Scootera, które się spełniło.
- No to świetnie. - pomyślałam. Miałam tego wieczoru
zaśpiewać im piosenkę, którą napisałam. - Ale się zbłaźnię. I to jeszcze
przed taką gwiazdą. W sumie co on mnie obchodzi. - powiedziałam sobie w
myślach. A co jeśli zapomnę tekstu, albo im się nie spodoba? Szczerze
to chciałabym to wszystko odwołać, ale już za późno. Miałam już
zaklepany występ. Nim się obróciłam to usłyszałam.
-
A teraz chciałbym zaprosić Darię na scenę. - powiedział facet z kapeli,
która grała na weselu. Wszyscy byli wpatrzeni we mnie jak w obrazek.
Przeraził mnie ten widok, ale bez stresu zaczęłam.
-
Na początku chciałabym wam życzyć szczęścia. Nareszcie będziemy jedną
rodziną, a co do życzeń Justina to wstrzymajcie się z tymi dziećmi.
Jedno wam wystarczy. - wszyscy zaczęli się śmiać. - No dobra to
zaczynamy. - powiedziałam do siebie po cichu. Udało się, zaśpiewałam piosenkę i dostałam duży aplauz. Mam nadzieję, że im się podobało. Resztę czasu bawiliśmy się na całego. Spędziłam dużo czasu z kuzynami i resztą rodziny oraz poznałam rodzinę Scootera i jego przyjaciół. Jednym z nich był Kenny, który co chwilę mnie rozśmieszał. Tylko do jednego gościa nie odważyłam się podejść, w sumie to nawet nie chciałam. Mowa o słynnym Justinie Bieberze. W końcu nadeszła północ i oczepiny. Najpierw była
kolej mojej mamy. Wszystkie kobiety, stanu wolnego ustawiły się w
szeregu. Mama usiadła do nas tyłem i rzuciła bukiet kwiatów w nasz
stronę.No
i kto złapał?
Ja. Mama pogratulowała mi i mocno się do mnie przytuliła.
Była zadowolona, że go złapałam. Ja bałam się tylko, kto złapie muszkę
Scootera. Oby nie jakiś obleśny facet, bo będę musiała z nim tańczyć. Z
muszką potoczyło się dokładnie tak samo jak z bukietem. Ale kto ją
złapał? Odpowiedź jest prosta. Justin Bieber. Przytkało mnie trochę, ale
się ocknęłam po dwóch sekundach. Chłopak podszedł do mnie.
- Mogę prosić do tańca? - zapytał swoim słodkim głosem i pocałował mnie w rękę.
- Tak. - odpowiedziałam.
Szczerze było bardzo fajnie. Tańczyliśmy do piosenki z filmu "Król lew" - Gdy
przez przypadek nasze spojrzenia się spotkały, poczułam ciepły dreszcz
który przeszył całe moje ciało. Może to dlatego, że byłam blisko
chłopaka, którego kiedyś tak bardzo kochałam. W końcu spotkać go to było
jedno z moich największych marzeń. No właśnie BYŁO. Teraz tak jakby wszystkie wspomnienia wróciły. Na moje nieszczęście piosenka szybko się skończyła i czar prysł.
- Dziękuję z taniec. - szepnął mi do ucha. Ja uśmiechnęłam się do niego i razem udaliśmy się na swoje miejsca. Później zaczęły się różne konkursy i zabawy. Do żadnego nie startowałam, bo nie miałam na to ochoty. W sumie i tak cały parkiet był przepełniony. Zrobiło mi się nudno, więc wzięłam szklankę z sokiem i wyszłam przed budynek. Zaczęłam patrzeć w gwiazdy.
- Co tu robisz? Powinnaś się bawić jak wszyscy. - usłyszałam głos Justina. Nie wiedziałam tylko, dlaczego za mną tu przyszedł.
- Wiem. Przyszłam tu tylko na moment. - powiedziałam nie spuszczając wzroku z gwiazd.
- Wiesz, może to ta magia wesela, ale naprawdę te patrzenie w gwiazdy jest bardzo romantyczne. - na moment się zamyśliłam.
- Najpierw trzeba mieć z kim je oglądać. - dodał chłopak. O co mu chodziło? To już nie mogę sobie sama popatrzeć? Ja mam inną teorię.
- No i koniec przyjemności. - spuściłam wzrok. I znowu zniszczył coś pięknego. Widziałam kątem oka, że zrobiło mu się głupio. Dokończyłam pić sok i pociągnęłam go za rękę. - Chodź. - udaliśmy się na salę, gdzie wszyscy tańczyli.ss
s
s
s
s
s
s
ss
s
s
s
s
ss
s
s
s
s
s
s
ss
s
s
s
s
ss
s
s
s
s
s
ss
ss
s
s
s
s
s
s
s
s
s
s
s
s
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz